Trotuar

Napisał MMSlezak brak komentarzy

Czyli rzecz o naszych podłogach

Wsiadłam dzisiaj rano do mojego blogowego biura (czyli do tramwaju) i chwilę zastanawiałam się o czym powinnam pisać. Ostatnio dwa pisane teksty były dość "merytoryczne", zatem dzisiaj potrzebowałam nieco odetchnąć.
Zwykle też mam już wcześniej opracowaną wizję kolejnego tematu, ale dzisiaj tak wyszło, że mimo powszedniego dnia (czyli z założenia my wstajemy około 4.30, a około 5.30 już zorganizowani, z zapleczem przygotowanych rzeczy dla dziewczyn, siadamy do śniadaniowej owsianki) zjedliśmy dość powolne, rodzinne śniadanie. I jakoś tak się stało, że moje myśli przez chwilę ukierunkowane na temat najbliższego tekstu odpłynęły w bezkres rozmowy i przyszłam do biura nieprzygotowana 😉

Siadłam, dopełniłam "obowiązków" na profilach społecznościowych, przygotowałam post dotyczący najnowszego tekstu blogowego, który za około godzinę miał zostać automatycznie opublikowany na blogu i zastanowiłam się nad kolejnym tematem.
Skoro miało być trochę luźniej, ale opowiadać o naszym doświadczeniu okołobudowlanych, to będzie w takim razie o zakupie podłogi do całego domu i zamawianiu jej pomiaru, montażu i całej tej otoczce.

HISTORIA

Jak Wam już wiadomo, nasz dom zaczął być budowany w trzecim kwartale 2017 roku. Z uwagi na szybką technologię plan zakładał, że około marca 2018 roku będzie gotowy.
Zatem wszystkim niedowiarkom potwierdzam, że dom szkieletowy naprawdę budowany jest w czasie około 2,5 - 3 miesięcy. W naszym przypadku pogoda powodowała przesunięcie pewnych prac (np. kładzenie tynku) na późniejsze miesiące (tutaj tak naprawdę decydowały wartości temperatur na zewnątrz).

W styczniu 2018 roku zaczęliśmy zatem intensywnie interesować się zakupem rzeczy do wykończenia i dogrywaniem ekip je wykonujących.
W przypadku podłogi po szerokim rekonesansie, przeliczeniach i przemyśleniach doszliśmy do wniosku, że zainwestujemy w dobre jakościowo panele. Drewniana podłoga w całym domu była poza naszym zasięgiem finansowym, z kolei chcieliśmy mieć ją jak najbardziej jednolitą: bez łączeń, listew (które potem trzeszczą pod stopami - co znamy z mieszkania). Nie chcieliśmy w ogóle kłaść płytek na podłogę. Chcieliśmy mieć jednakowe podłogi we wszystkich pomieszczeniach, łącznie z łazienkami.

PLAN

Kilka razy odwiedziliśmy punkt, w którym sprzedawano podłogi, do którego w pewnym okresie udawaliśmy się przy okazji spacerów.
Zdecydowaliśmy się na panele szwedzkiej marki. Na podłogi, na które dawano 25 lat gwarancji, a na zamki (czyli łączenia między nimi - dożywotnią gwarancję). Ponadto owe podłogi były produkowane w wariancie wodoodpornym (czyli takim, z którym nic się nie dzieje jeśli woda stoi na nich nawet dobę) oraz były bardzo odporne na zarysowania.
Przez chwilę zastanawialiśmy się czy w samej części dziennej nie pokusić się o fragment naturalnej - drewnianej podłogi, ale finalnie możliwe łączenia (albo z czasem wypadająco-trzeszczące - jak listwy metalowe, albo wykruszające się - jak korek) odwiodły nas od tego pomysłu.

Pozostaliśmy zatem przy jednolitych podłogach, najwyższej klasy paneli i to takich, które są odporne na wilgoć, a nawet działanie stojącej wody.
Pierwotnie planowaliśmy zamówić panele w sklepie, który odwiedzaliśmy kilkukrotnie. Później jednak znaleźliśmy inny sklep, który oferował zarówno farby (marki, którą hołubimy od lat), jak i panele (tylko jednego, ale akurat wybranego przez nas producenta).
Wydawało nam się, że zakup wszystkiego w jednym sklepie będzie korzystniejszy chociażby na dostawę materiałów, a może także uda się wówczas wynegocjować jakieś preferencyjne warunki, przy tak dużym zamówieniu.

Nastał marzec i zamówiłam pomiar podłóg. Przyjechało dwóch panów, z czego ewidentnie jeden szefował, drugi wykonywał polecenia i znajdował się niejako w cieniu w trakcie spotkania. Panowie pomierzyli i nagle pojawił się temat wilgotności posadzek. Padło pytanie kiedy były wylewane itp. itd. Odpowiedziałam zgodnie z prawdą i nadmieniam, że pan wykonawca wylewek informował nas KILKUKROTNIE, że tzw. półsuche wylewki schną książkowe 30 dni. Ani razu nie zająknął się o tym, że potrzebna jest do tego temperatura pokojowa, czyli około 20 stopni Celsjusza. Ot szczegół, ale robi różnicę.

Finalnie pan szef zapowiedział mi, że przy niewłaściwych wskazaniach wilgotności posadzek podłogi nie będą mogły być zamontowane, w najlepszym wypadku na wejściu stracimy gwarancję. Przebąknął też coś o osuszaczach, której to myśli czepiłam się jak szalupy ratunkowej. Na budowie byłam sama z panami, zero wsparcia i zero męskiego ramienia, na którym można byłoby się wesprzeć.

Tuż po spotkaniu z panami zadzwoniłam do męża, który zaczął przegrzebywać Internet w poszukiwaniu firmy wynajmującej osuszacze itp. Resztę tej historii opisałam Wam w tekście "Stan przedzawałowy".

GRA POZORÓW, czyli TYLKO PO WIERZCHU

Wracając jednak do zamawiania podłogi. Z panem byłam umówiona, że do kolejnego poniedziałku dokonają podliczenia pomiarów i wtedy odwiedzimy ich celem zamówienia paneli.
Przyjechaliśmy na miejsce. Na hali sklepowej nie było żadnego pracownika, był młody pan szef, którego po raz pierwszy widziałam w dniu dokonywania pomiarów.
Mężczyzna z burzą luźno układających się włosów - opadających niesfornie na oczy - być może mógł cieszyć oczy żeńskiej części klienteli, jednakże poza przyjemną powierzchownością jego opryskliwe zachowanie kłóciło się z wizerunkiem, który człowiek sobie wyobrażał dopóki rozmówca nie otworzył ust.

W momencie kiedy weszliśmy do sklepu, piastując w objęciach dwójkę dzieci, poczułam negatywne wibracje. Pan zasiadł na chokerze, przy niewielkim fragmencie "bufetu", służącemu klientom do przysiadnięcia w trakcie wybierania kolorów z wzorników.
Tak się składa, że pamiętałam jeszcze ten sklep pod innym szyldem, kiedy to sprzedawano w nim produkty głównie malarskie, i w którym to kupowałam farby do odświeżenia mieszkania. Wówczas w sklepie mieściła się duża kanapa, zdecydowanie wygodniejsza do spoczęcia na niej i ewentualnego posadowienia dzieci.
Designerska wersja dwóch czerwonych stołków barowych rodziców z dziećmi i tych mniej sprawnych stawiała na gorszej pozycji.

Wracając jednak do zamawiania: ja przysiadłam na zydlu, mój mąż pozostał spionizowany - piastując niesiedzące jeszcze samodzielnie młodsze dziecię.
Pan zachowywał się jakby informacja na temat metrów podłogi i innych akcesoriów była dla nas zupełnie nieistotna. Na moje pytanie: "To jak to wyszło, jak działamy?" Padła odpowiedź "Zamawiamy".
Nie wiedzieliśmy: ile metrów kwadratowych pan naliczył, którą z trzech rodzajów listwy przypodłogowej wziął pod uwagę, jaki wariant podłóg uwzględnił (gdzie podłogę typowo wodoodporną, a gdzie nie), jaki podkład policzył (bo trzeba Wam wiedzieć, że funkcjonowały trzy typy podkładów pod panele, o nieco różnych właściwościach i oczywiście różniące się ceną).
Jednak w trakcie rozmowy - nic, zero, null - wiedzy dla klientów, a chłop siedzi za pultem i uważa - jak się wydaje - że jest boski, profesjonalny i bardzo dobrze obsługuje.

Próbowałam jeszcze jakoś dowiedzieć się szczegółów, w końcu zadałam pytanie o całkowitą kwotę zamówienia - pan rzucił swobodnie liczbę powyżej 50 000 złotych.
Być może dla niego była to kwota na waciki, w związku z tym nie było co się wyginać przy obsłudze.
Mnie jednak zagotowało w środku, zadałam jeszcze panu pytanie: "Czy uważa, że tak powinna wyglądać obsługa?" W odpowiedzi usłyszałam, że ja już weszłam negatywnie nastawiona. Pogadali... Ja się zebrałam do wyjścia, mój mąż próbował jeszcze z panem dyskutować. Ostatecznie - po chwili - wylądowaliśmy całą rodziną w samochodzie, z wizją że trzeba szukać innego sklepu, innej firmy montującej itp.

W tym miejscu jeszcze muszę nadmienić, że rzeczony szef w trakcie pomiaru twierdził, że np. na dużej powierzchni kuchnia - pokój dzienny nie uda się nie wykonać dylatacji i tym samym nie uda się NIE zastosować listew łączących.
OSTATECZNIE W DOMU NIE MAMY ŻADNYCH ŁĄCZEŃ NA PODŁOGACH W CZĘŚCI DZIENNEJ/KUCHENNEJ. Listwy pojawiają się tylko przy wejściach do mniejszych pomieszczeń: łazienka, wiatrołap, kotłownia, spiżarka etc.
Poza tym pozostawały jeszcze do wzięcia pod uwagę następujące kwestie w różnych wariantach:

  • Panele standardowej długości.
  • Dłuższe panele - produkowane właśnie z zamysłem kładzenia ich w dużych pomieszczeniach.
  • Listwy przypodłogowe różnej wysokości.
  • Różne warianty podłóg (cały dom wyłożony podłogą wodoodporną, tylko poszczególne pomieszczenia z podłogą wodoodporną, cały parter wodoodporny + górna łazienka).
  • Różne warianty podkładów (najdroższy i niby najlepszy - wszędzie, pochłaniający wibracje na poddaszu, "pośredni" na parterze).

Sami widzicie, że opcji do przeliczenia i przedstawienia klientowi było sporo i tak z panem uzgadniałam w trakcie pomiaru. Tymczasem w sklepie trafiliśmy na obsługę z fochem, od której trzeba wyciągać jakiekolwiek szczegóły. Na pytania pada odpowiedź: "Zamawiamy" i kwota 50 000 złotych. Dla mnie sytuacja nie akceptowalna, a że rozmowa z panem szefem nie wróżyła sukcesów, to być może impulsywnie, ale szczęśliwie dla nas - zrezygnowałam z takiej usługi.

"POSZUKIWANY POSZUKIWANA"

Wsiadłszy do samochodu przeprowadziliśmy szybką burzę mózgów i pojechaliśmy w przeciwną stronę, do sklepu który odwiedzaliśmy wcześniej, który oferował sprzedaż samych podłóg, ale różnych typów, od wielu producentów.
Dobrnęliśmy w korkach - po blisko pół godzinnej jeździe - i wtedy okazało się, że w międzyczasie sklep został przeniesiony w inną lokalizację i co więcej dużo bliższą sklepowi, w którym wcześniej odbyliśmy feralne spotkanie.

Zatem z nieco już zmęczonymi dziećmi zawróciliśmy z powrotem i żmudnie - w momencie apogeum korków - brnęliśmy w kierunku katowickiej autostrady.
W końcu dojechaliśmy i trafiliśmy na sensownego pana, który zaproponował nam jeszcze inne wodoodporne panele laminowane, tym razem niemieckiego producenta - nieco tańsze niż te, które mieliśmy na oku wcześniej. Pan dokonał dla nas wstępnej kalkulacji, dla różnych wariantów podłóg i podkładów.

Finalnie zdecydowaliśmy się na opcję z wyłożeniem całego parteru oraz górnej łazienki wodoodpornymi panelami, na które producent dawał 20 letnią gwarancję oraz dożywotnią na zamki. Oraz zbliżone kolorystycznie panele polskiego producenta, z linii premium (już bez właściwości wodoodpornych) na poddasze użytkowe.
Wybraliśmy także najszersze możliwe listwy przypodłogowe od polskiego producenta, które miały zostać zamontowane w całym domu.
Obydwie podłogi wybraliśmy w kolorystyce naturalnego dębu i poza minimalną różnica w kolorze v-fugi, czyli widocznych linii między "deskami", panele były bardzo do siebie podobne, zatem tożsama listwa stanowiła idealne dopełnienie całości.
Z tego co pamiętam polski producent oferował dwie wysokości listew (szwedzki - trzy). My od początku chcieliśmy możliwie najszersze listwy, tak żeby zdecydowanie zachodziły na ścianę. Wybraliśmy zatem wariant ośmiomilimetrowy.

Podkłady pod panele pan polecił nam także z innej firmy, niż szwedzkiego producenta. Jego zdaniem te były równie dobre, a dużo tańsze. Tym sposobem na górę wybraliśmy podkład pochłaniający dźwięki (przeznaczony do podłóg na piętrach, tak żeby wyciszać kroki), a na parter jakiś pośredni wariant (średni "właściwościowo" i cenowo, ale grubszy od opcji podstawowej i też najtańszej).

Teraz pozostało umówić tylko dokładny pomiar. Sprzedawca podał mi namiary do dwóch mężczyzn, którzy byli podwykonawcami sklepu i trudnili się montażem zakupionych w sklepie paneli.
Tutaj jeszcze muszę dodać, że przy zakupie paneli z opcją montażu sklepy robią w ten sposób, że obniżają VAT z 23% do 8% i w ten sposób mniej więcej koszt montażu pokrywany jest przez różnicę w VAcie.

Jeden z panów montażystów był zajęty, drugi znalazł termin pomiaru kolejnego dnia. Tym razem mój mąż spotkał się z nim na budowie i pan za pomocą miernika laserowego dokonał szybkich pomiarów (panowie z poprzedniego sklepu mierzyli wszystko miarkami), które zgłosił do sklepu, a tam pan sprzedawca wiedząc jakie materiały wybraliśmy doprecyzował kalkulację i zadzwonił do nas w celu opłacenia zamówienia. Po dokonaniu płatności towar został zamówiony, do dwóch tygodni znalazł się w sklepie, a nam pozostało czekać, aż nasze posadzki osiągną stan zdatny do montażu na nich paneli, czyli wyschną.

PODSUMOWANIE, czyli REFLEKSJE KOŃCOWE:

  1. Wiem, że się powtarzam, ale w trakcie budowy domu pamiętajcie że wylewki schną ponad 30 dni, a niska temperatura dodatkowo opóźnia ten proces.
  2. W przypadku paneli z wyższej półki zazwyczaj można dobrać wysokość listew przypodłogowych, które najczęściej występują w tej samej gamie kolorystycznej co oferowane przez producenta panele.
  3. Do paneli zamontowanych na piętrach przeznaczone są podkłady, które mają za zadanie nieco wyciszać i niwelować wibracje.
  4. W chwili obecnej można spotkać laminowane panele wodoodporne, które są przeznaczone do pomieszczeń wilgotnych.
  5. Z drewna naturalnego panowie sprzedawcy do pomieszczeń wilgotnych polecali nam drewno egzotyczne: bambusowe, teakowe.
  6. W przypadku montażu podłóg na jeszcze wilgotnych wylewkach wszyscy fachowcy zgodnie twierdzili, że problemu nie ma w przypadku płytek, przy panelach problem już jest, ale największy dylemat stanowią podłogi drewniane, które muszą mieć naprawdę dobrze osuszone podłoże do ich montażu.
  7. A co do obsługi - nie można traktować klienta jak zła doczesnego i uważać, że sam fakt posiadania asortymentu jest wystarczający, żeby coś sprzedać.
    Ja z założenia nie popieram tego co budzi mój sprzeciw i mimo perturbacji i trudności, które nas spotkały drugi raz postąpiłabym w ten sam sposób i wyszła ze sklepu opryskliwego właściciela, który w dodatku nie udostępniał mi podstawowych informacji na temat mojego potencjalnego zamówienia.

Kreujmy rzeczywistość i powodzenia!
marta

Podziel się

Napisz komentarz

Capcha
Wprowadź kod obrazka

Kanał RSS z komentarzy dla tego posta