Wodna przygoda

Napisał MMSlezak brak komentarzy

Czyli łazienkowe perturbacje

Przypomniałam sobie właśnie, że chciałam Wam opisać nasze przygody z łazienką i ustrzec w razie "w" przed problemami jakie my kiedyś mieliśmy.

Temat nie dotyczy budowy domu, a zakupionego mieszkania. Chociaż w odniesieniu do budowy też ma sens. A było tak.

STORY OF MY LIFE

W 2009 roku kupowaliśmy mieszkanie: to które nam się spodobało, lokalizacja nam odpowiadała i było w naszym zasięgu finansowym - jako świeżych absolwentów i studentów studiów doktoranckich.
Mieszkanie znajdowało się na parterze sześciokondygnacyjnego budynku i jedną z jego głównych zalet była wysokość - miało prawie 3 metry od podłogi do sufitu. Fakt ten można było bardzo sprytnie przekuć na wykorzystanie miejsca pod sam sufit i tym samym zamówienie wyższych szaf, doposażonych dodatkowo w pawlacze itp. Nie od dzisiaj wysokie, a niewielkie mieszkania z antresolami i tego typu rozwiązaniami świecą triumfy i spotykają się z szeroko omawianą aranżacją na łamach gazet wnętrzarskich. Nasze lokum drugiego "poziomu" nie miało, ale wysokość została zagospodarowana meblami, które wzwyż, miast wszerz, zajmowały nasze włości.

STANDARD POD KLUCZ, czyli UWAGA

Ponadto mieszkanie wykończone było w standardzie tzw. pod klucz: miało grzejniki, drzwi wewnętrzne, podłogi wyłożone płytkami i panelami i w pełni wykończoną łazienkę: płytki plus biały montaż.

Co więcej posiadało przynależna komórkę lokatorską - czyli dzisiejszą piwnicę - na poziomie parteru - i można było do niego dokupić miejsce postojowe w garażu podziemnym. Oferta naprawdę była sensowna.

Nabyliśmy owe mieszkanie, po jego uprzedniej rezerwacji, podpisaniu umowy przedwstępnej, uporaniu się z formalnościami kredytowymi itp.

UBEZPIECZENIE I PSIKUS

Tuż po staniu się oficjalnym właścicielem zakupiłam polisę ubezpieczeniową w jednej z większych firm ubezpieczeniowych. Kilka dni później okazało się, że w garażu pod nami (pod mieszkaniem) coś kapie. Zjawiła się u nas komisja w osobie mężczyzny, który zajmował się przekazywaniem kluczy nowym właścicielom oraz podpisywaniem protokołów odbioru mieszkania - w dniu jego fizycznego odbioru, a także jeszcze jednego człowieka. Poinformowali nas o wycieku w garażu pod nami, poprosili o możliwość wejścia i dokonania wizji w domu. Tutaj nie stwierdzili żadnych uszczerbków, ani awarii więc opuścili mieszkanie.

Kilka dni później odsuwając drzwi szafy - typu komandor - która była postawiona na ścianie sąsiadującej z łazienką - i szukając w niej spodni -zorientowałam się, że owa ściana jest zawilgocona. Zatem wyciek rzeczywiście miał miejsce w naszym mieszkaniu. Po chwili analiz okazało się, że najprawdopodobniej winna jest bateria wannowa - zamontowana w ścianie.
Zaprosiłam zaznajomionego pana hydraulika, który wykonywał instalację w kuchni. Fachowiec odkręcił baterię i wtedy okazało się, że uszczelnienie baterii jest nie wystarczające, a właściwie go brakuje. Bateria nie była w ogóle otulona włókniną hydrauliczną, tylko po prostu wetknięta do ściany. Hydraulik pouszczelniał, podokręcał. Pozostało nam wysuszyć ścianę.

Okazało się jednak, że między naszym mieszkaniem znajdującym się na parterze a garażem podziemnym zastosowano warstwy wełny, która w wyniku wycieku zamokła i schnięcie której powodowało powstawanie wilgotnych zacieków na naszych ścianach (głównie ścianie działowej między pokojami oraz w przedpokoju).
Nasze ściany były świeżo pomalowane - stan pod klucz przewidywał pobielone ściany gruntem - zatem przed wprowadzeniem się całe mieszkanie zostało ponownie (na wszelki wypadek) zagruntowane, a później pomalowane. Dodatkowo w kuchni położyliśmy płytki i zamówiliśmy zabudowę kuchenną.*

DYGRESJE

*Musieliśmy też wyburzyć ** niską ściankę oddzielającą część aneksu od pokoju dziennego. Była ona postawiona w takim miejscu, że nie pozwalała zmieścić mebli kuchennych. Stanowiła zatem zbyteczny dodatek, a funkcje oddzielenia części kuchennej od dziennej z powodzeniem pełniła później dębowa wyspa, która poza urodą była funkcjonalna, bo kryła w sobie cały rząd szafek z dostępem z dwóch stron (od kuchni i pokoju), a także duży roboczy blat.

**Pamiętam, że z gruzem że ścianki też miałam problem co począć. Ilość była za mała, żeby zamawiać specjalny kontener, ale coś trzeba było z tym balastem zrobić. Udało mi się w końcu zamówić odbiór gruzu w workach, które za opłatą zabrał człowiek z firmy zajmującej się utylizacją tego typu odpadów. Kosztowało to oczywiście nie mało, bo pamiętam, że w 2009 roku zapłaciłam za tę usługę 500 złotych, czyli tyle co w 2019 za podstawienie i odebranie (dużego) kontenera na czysty gruz.

Sami zatem widzicie, że czasem pomysły deweloperów - jak np. postawienie ścianki i to w przypadkowym miejscu, nie biorąc pod uwagę wymiarów mebli - są bezsensowne.

MOKRO, MOKRZEJ, NAJ...

Wracając jednak do kwestii wilgoci - ściany schły, ja szykowałam się wylotu na staż do Japonii. Wiadomym było, że po wyschnięciu wszystkich powierzchni będzie trzeba oskrobać ściany, posmarować - na wszelki wypadek - środkiem grzybobójczym i ponownie pomalować. Niestety wszystkie powyższe operacje musieliśmy zrobić na swój koszt, gdyż ubezpieczyciel nie uznał naszego zgłoszenia, gdyż stwierdził że wyciek powstał przed ubezpieczeniem mieszkania. Sposób rozumowania firmy ubezpieczeniowej był taki, że ubezpieczyłam mieszkanie, bo wiedziałam o wycieku i chciałam wyłudzić pieniądze. Sytuacja była zgoła odwrotna - mieszkanie zostało ubezpieczone przeze mnie "po prostu", a przypadek sprawił, że dzień objęcia nasz polisą zbiegł się z dniem poinformowania nas o wycieku (i tak naprawdę stwierdzenia go w GARAŻU), które później okazało się być wyciekiem z naszego mieszkania (ale już dobre kilka dni po zawarciu polisy - wspominane przeze mnie oględziny naszego mieszkania NIE potwierdziły awarii u nas).

Z deweloperem też była ciężka rozmowa. My byliśmy dużo młodsi, ja do tego jedną nogą już prawie na drugiej półkuli globu. Wzięliśmy koszt naprawy na siebie.

NIESPODZIANKA

Wydawało się, że w marcu 2010 roku temat wody został zażegnany. Ale to było jedynie złudzenie.
Potem właściwie przez kilkanaście miesięcy mieliśmy jakby wiecznie lekko wilgotną ścianę w szafie. W końcu pomysł - w trakcie jednej z wizyt w Krakowie - podszepnął nam mój tata. Sugerował, żebyśmy przesmarowali fugi między ściennymi płytkami impregnatem do kominków. Tata (lekarz) miał doświadczenia z przeciekającym kominem u siebie w domu i obstawiał, że nasze fugi - które z założenia są materiałem porowatym - powodują przesiąkanie wody na ścianę w trakcie zażywania kąpieli lub prysznica.

Zastanawiacie się zapewne jak to możliwe?
Odpowiedź jest bardzo prosta - fachowcy od dewelopera, którzy wykańczali nasze mieszkanie (pod klucz) nie zaimpregnowali ściany profesjonalnymi środkami blokującymi przenikanie wilgoci. Konsekwencją tego była taka, że lita płytka nie przepuszczała wody, ale już jej porowata koleżanka fuga wodę sobie pomalutku "filtrowała".

Faktycznie zabieg "zapacykowania" fug odniósł skutek i ściana między pokojem a łazienką, która właściwie w całości była zasłonięta szafą, zaczęła w końcu schnąć. Oczywiście po zakończeniu tego etapu trzeba było ją ponownie oskrobać, zaimpregnować środkiem grzybobójczym i pomalować.
Mieliśmy niebywałe szczęście, że nie rozwinął nam się w mieszkaniu grzyb.

PODSUMOWANIE, czyli REFLEKSJE KOŃCOWE:

  1. Najważniejszy morał z moje przypowieści jest taki, żebyście bezwględnie pamiętali i dopilnowali położenia impregnatu przeznaczonego na ściany pod płytki, tak żeby zabezpieczyć ściany przed przenikaniem wody w głębsze warstwy.
  2. Gdybyśmy nie dopilnowali takiej sprawy w naszym domu szkieletowym (chociaż w tym przypadku panowie fachowcy nie mieli wątpliwości do kładzenia stosownego impregnatu), to marnie widziałabym jego przyszłości i stan płyt gipsowo-kartonowych oraz drewnianej konstrukcji.
  3. A poza tym kupując mieszkanie, czy dom wykończony przez dewelopera miejcie ograniczone zaufanie do profesjonalizmu i standardu wykończenia.
    W miarę możliwości dowiedzcie się właśnie o takie niuanse jak zastosowanie odpowiedniej impregnacji pod płytki.
  4. I gdyby coś, to kominkowy impregnat uszczelnia fugi, dzięki czemu nie przepuszczają one wody.
    Sposób chałupniczy, ale skuteczny!

Powodzenia!
marta

Podziel się

Napisz komentarz

Capcha
Wprowadź kod obrazka

Kanał RSS z komentarzy dla tego posta